Forum aktualnie zamknięte.


    Komnata Nellyii

    Share
    avatar
    Nellya Mormont

    Liczba postów : 6
    Join date : 02/04/2015
    Age : 18
    Skąd : Niedźwiedzia Wyspa

    Komnata Nellyii

    Pisanie by Nellya Mormont on Wto Kwi 07, 2015 9:29 am

    Jesień, 18 luty, 282 roku.

    Tak pachnie ogień, spalenisko z wyspy, ogień tlący się z ziemi. Oto rzeka, której źródłem są przebite piersi wojowników, kapiące krople czerwieni łączą się w jedną rzekę, tworząc wspólną krew, braterską krew, pomimo że wrogami byli, teraz jednym nurtem rzeki ze szkarłatem płyną. Właśnie tak słychać strach, stal uderzająca o stal, prychanie koni, tych niewinnych zwierząt, okrzyki bojowe, które nakazują tylu młodzieńcom stanąć w walce, walce o honor, a honoru bronić do ostatniej kropli krwi należy , myślała spadkobierczyni Niedźwiedziej Wyspy.
    Podstępny wiatr grał na burzy w sercu dziewczyny. Ona sama siedziała jak na szpilkach. Myśl o oblężeniu zabijała ją od środka. To była powolna śmierć, nikt co prawda do niej nie przyszedł, nikt. Jednak ona czuła niepokój, pustkę, śmierć i smutek. Im bardziej starała się racjonalnie myśleć, tym bardziej jej ciało dostawało drgawek, a umysł nie potrafił myśleć o większości otaczających ją spraw.
    Wstanie dla niej z łóżka, odkrycie koca i przetarcie oczu, było wyzwaniem, wyzwaniem tej wojny, strach który ją paraliżował nakazywał zostać w łożu, instynkt damy, przygotować się i umrzeć godnie. Zdobyła się na odwagę, jak dla niej szczyt odwagi, odsunęła lekko koc. Jej prawa noga jak zawsze wylądowała na podłodze z gracją. Policzyła do 10, po tym odstępie czasowym, postawiła drugą nogę na ziemi. Siedziała w bezruchu na łożu. To był jeden z tych momentów, kiedy strach wygrywa, ciało jest sparaliżowane, usta milczą, a oczy nawet jeśli chcą płakać, to nie potrafią.
    Musiała chwile ochłonąć, popatrzyła w lustro, twarz znajoma, ale jednak tak zapłakana że nie przypominała uśmiechniętej twarzyczki, Nellyii.
    -W kółko raz po raz, ciągle w miejscu spędzam walki dni, nienawiść męczy mnie, od strachu dawno już mnie mdli. Powoli gubię się, serce gdzieś ucieka mi. Widzę przecież że z niewoli nie uwolnię się.- szeptała do odbicia twarzy w lustrze- Prześlizguje się, przez ciemności mrocznej drzwi, w kieszeni tylko nóż i ból co ze mnie drwi. Czy powie kto to ja? Kiedy ja? Niepewność ta, pochłania myśli me, nie uwolnię się... Może tylko śnie? Może jawa jest mym snem? Nie wiem czy powiedzieć Ci, zrzucić świat do góry dnem. Oblężenia mam już dość, czy w cierpieniu żołnierzy jest gdzieś cel? Chce bez wrogich uczuć żyć, chce żyć czując tylko biel.- patrzyła prosto w swoje oczy- Mogą kazać mówić coś, mogą mówić gdzie mam iść, nic to nie obchodzi mnie, serce już nie słucha dziś. Jeśli zrobię chociaż krok, jeśli źle poruszę się, wszystko to rozpadnie się, nie zostanie ze mnie nic.- wzięła niespokojny oddech- Czy nadejdzie kiedyś świt? Czy noc nie pokona mnie? Czy dla rozerwanych dusz, miejsce w świetle znajdzie się? Czy to boli? Czy to źle? Czy mam zostać czy mam biec?- zadawała pytania swojemu odbiciu, które teraz wydawało się jej być całkowicie obcą osobą- Nie pamiętam jak ma być... Czy widziałam? Czy ty wiesz? Czy do przodu mogę przejść? Ja... Już zrobiłam co się da. Walki dookoła mnie, nie zrozumiem, nie mam szans.- nastąpiła dłuższa chwila milczenia, w komnacie było słychać jej niespokojny oddech, a sama dziewczyna cała drżała, przecież osoba w lustrze mogła być z wrogiego wojska...- Gdy postawie chociaż krok, gdy odważę się znów iść, wszystko to rozpadnie się... Nie zostanie ze mnie nic. Chociaż wiatr niesie me łzy, chociaż noc ciemnością do snu koi mnie... Czy odnajdę drogę swą? Czy me serce przyjmie ich biel?- pytając lustra odwróciła wzrok, lecz teraz znów go podniosła- Gdzieś jesteśmy czy wiesz gdzie? Nie pamiętam z tego nic... Czy pamiętać mogę cię? Czy mi zdradzisz imię swe?
    Pytania dziewczyny nie ujrzały odpowiedzi. Umarły, tak jak tysiące wojów na tej wyspie, jakiej wyspie?!... Raczej cmentarzu.
    Coś oświeciło zapłakaną twarz dziewczyny, małe promyczki słońca wdzierające się przez okno. Przypominały jej się czasy, czasy kiedy była młodsza, kiedy nic nie rozumiała. Wtedy światło padało jej na twarz, tylko że ta twarz zawsze była uśmiechnięta. W tamtych latach, dzień, który zwiastowały promyki, był beztroską, nieskończoną chwilą. Chwilą w której żyła bez większych ograniczeń, miała w niej wszystko. Wszystko co było dla niej ważne, kochającego ojca, czułą nianie, uśmiechy dworu... Straciła to, a przecież jeszcze tak nie dawno żyła w przekonaniu, iż zawsze będzie szczęśliwa, nie doceniała tego co miała...
    Obróciła się zwinnie w drugą stronę. Popatrzyła na kufer, jak na największe zło, jak na wroga, mordercę. Podeszła ona do niej małymi i niepewnymi krokami. Położyła rękę na wielkiej drewnianej skrzyni. Mała ręka i prawie biała od strachu, błądziła po klapie, w końcu znalazła zamek, a w nim kluczyk. Chwyciła dwoma palcami za miedzianą głowice klucza, przekręciła w lewo, nastąpiła chwila prawdy, albo ktoś tam jest, albo nie. Kiedy nikogo tam nie zauważyła, odetchnęła z ulgą. Zaczęła stabilizować oddech.
    Drżącymi rękami rozpięła wiązania z tyłu sukni którą obecnie na sobie miała. Wyciągnęła szarą wstęgę z byłego wiązania. Ściągła rękawki, a suknia zatrzymała się na piersiach dziewczyny. Zgrabne palce podniosły ją z kobiecego atutu, a ta, upadła na ziemie, odsłaniając jej zgrabne i dziewczęce ciało. Dziewczyna podniosła swoją prawą nogę i wszyła nią za obwód sukni, to samo zrobiła później z lewą. Złożyła w kostkę błękitną suknie, a wyciągnęła białą. Moja krew, będzie rzeczą wyróżniającą się dosyć mocno na bieli tej sukni, przeleciała jej myśl kiedy w rękach trzymała biały i zwiewny materiał. Przełożyła najpierw lewą, a później prawą nogę do środka sukni. Podciągnęła suknie pod piersi i zaczęła zakładać jej długie rękawy, ręce Nellyii się plątały. Kiedy już to zrobiła uniosła biały materiał, a gorset zawiązała jak najmocniej potrafiła, co było trudne, ponieważ jej palce ze strachu błądziły na wszelkie strony.
    Usiadła na krześle i wyciągnęła grzebień. Rozczesując swoje włosy przeszła ją myśl, Jak ten grzebień łatwo wchodzi w moje włosy, tak i miecz jednego z żelaznych, wjedzie w moje ciało. Podzieliła włosy na trzy części i zaplotła warkocz. Wyciągnęła małą szkatułkę. Wyciągnęła z niej białe perły i ubrała je bez namysłu. Perły te odbijały blask taki sam jak białoszare oczy dziewczyny od płaczu.
    Jeśli mam umrzeć, umrę jak dama powinna. Pozostała dla niej nadzieja. Za co uważała nadzieje? Nadzieja była dla niej czymś jakby szukać bursztynów w mieście, wiadomo że go nie zdobędziesz, a pomimo to wciąż uparcie szukasz, bo pozostaje minimalna szansa.
    avatar
    Nellya Mormont

    Liczba postów : 6
    Join date : 02/04/2015
    Age : 18
    Skąd : Niedźwiedzia Wyspa

    Re: Komnata Nellyii

    Pisanie by Nellya Mormont on Wto Kwi 07, 2015 10:30 pm

    -Zbudźcie się i wysłuchajcie, Tysiące woła głosów, Zejdźcie z północnych I zapłońcie pod zamarzniętym niebem. Krew i żelazo lśni, Powiewają ich chorągwie, Módlmy się, by powstał nasz Ojciec, Aby posłyszał, iż giną Jego dzieci. Drzewa Zbawienia, wybaczcie nam to, co uczyniliśmy, Nasza nadzieja, nasze ocalenie, Płonie niczym Słońce. Teraz wzywa róg, Jego echo niesie niby rwąca włócznia. Walące się wieże zawodzą, Upadają wraz ze zbliżaniem się końca. Ciemne chmury płaczą Nawałnicą ognistych łez. Bogowie, słyszycie nas? Czy czujecie nasz najgłębszy strach? Drzewa boskiej nadziei, wybaczcie nam to, co uczyniliśmy, Nasza nadzieja, nasze ocalenie, Płonie niczym Słońce. Złączmy się, przed nami Gorzeje ich magia, Nasze modlitwy nikną w ciszy, Nasza nienawiść przemienia się w wstyd. Teraz samotnie trwamy, W popiołach, krwi i stracie. Po przestworzach nad nami kroczą, Wolne od wszelkiej skruchy. Drzewa święte boskiego gaju, wybaczcie nam to, co uczyniliśmy, Stańcie powtórnie obok nas, Nadzieja już odeszła... - próbowała rozmawiać z bogami spadkobierczyni Niedźwiedziej wyspy.
    Dziewczyna miała bardzo mocną wiarę, jej życie zawsze wypełniały modlitwy i wszelkie obrzędy wiary. Kiedy czuła się niepewnie zawsze modliła się do starych bogów, kiedy czuła radość, dziękowała im za ten dar. Wszelkie dobro oraz zło, uważała za ich sprawiedliwość, tłumacząc sobie, iż tak być musi. Tylko że wtedy miała więcej dobra.
    Przypomniała sobie dzieciństwo. Zawsze wtedy chodziła uśmiechnięta. Pokazywała talenty. Otaczało ją grono przyjaciółek, które z dobrej nie przymuszonej woli, starała się nauczyć czytać i pisać. Pamiętała swojego kochanego przyjaciela owszem starszego o 3 lata, ale dla nich to nie było ważne. Był on synem maestra, sam też chciał nim być. Słodki rudzielec, o bardzo wysokim wzroście, zawsze przychodził do dziewczyny potajemnie oknem. Opowiadał jej o sztuce maestra, ona była w niego zapatrzona jak w obraz. Był tylko przyjacielem, wtedy miłość dla Lady znaczyła tyle co zerwana stokrotka, piękny kwiat we włosy, ale nie na długo, ponieważ chwile potem opadał i wiądł.
    Z wiekiem przyjaźń z chłopcem narastała, młody maester zaczął się robić dorosłym mężczyzną. Nie był już tym samym Altairem co kiedyś. Altair stał się bardzo wysokim i dobrze zbudowanym chłopakiem. Można by rzec, że mądrością przerastał rówieśników. Imponował tym wielu niewiastą, kiedy tylko Lady widziała jak jakaś do niego się zbliża, była zazdrosna... Bycie zazdrosnym o przyjaciela, dobrze nie wyglądało, tym bardziej iż zaczynała czuć coraz więcej. Tylko że on chciał iść trochę za szybko. Twierdził że znają się długo, że to czas pierwszych pocałunków, poznania rodziców... Było to dla niej za szybko, pozostawiła go i powiedziała że kiedyś wróci, teraz będą przyjaciółmi.
    Ostatecznie Altair nigdy nie doczekał się związku z Nellyą. Zmarł bardzo wcześnie. Nie zdążyli się nawet spotkać. Pamiętała kiedy żartował, kiedy mówił o byciu maestrem, kiedy pieszczotliwie nazywał ją Niedźwiedzicą, kiedy mówił "Wiesz Niedźwiedzico, jesteś moją nadzieją i zagadką, której nie umiem objąć rozumem, dlatego mam do niej większy niż honor szacunek". Straciła go w jeden dzień, podobno jeden z bliskich człowieka którego nie udało mu się wyleczyć, przyszedł do chaty, poderżnął gardło ojcu, wbił nóż w plecy Altairowii. Pogrzeb rudego przyjaciela był dla niej jedną z tych chwil, kiedy żyjesz ale nic nie rozumiesz i nie pamiętasz, twój oddech jest płytki, nie wiesz co robisz i kim jesteś, tylko patrzysz i stoisz.
    Znów znalazła się w chwili, w której była jakby martwa.
    Klęczała na podłodze. Jej oczy świeciły od łez. Powieki były zaczerwienione. Policzki w rumieńcach. Usta lekko rozwarte.
    Jej umysł, umierał.
    avatar
    Nellya Mormont

    Liczba postów : 6
    Join date : 02/04/2015
    Age : 18
    Skąd : Niedźwiedzia Wyspa

    Re: Komnata Nellyii

    Pisanie by Nellya Mormont on Sro Kwi 08, 2015 10:20 pm

    Jesień, 19 luty, 282 roku.

    Kiedy wieczorem zakładałam koc, kiedy północ okryła noc, złożyłam potulnie ręce jak do ostatniego snu. Wtedy myślałam "to ostatnia noc, wreszcie spokojnie się wyśpisz", lecz jednak północnej nocy, ustąpił poranek, a ja odkryłam koc niewsypana.
    Nellya jeszcze raz podniosła ręce w górę i pobawiła się palcami. Głośno prychnęła, po czym wstała. Nie pamiętała kiedy wczoraj poszła spać, ale z całą pewnością była to późna pora. Nie zdążyła nawet zdjąć sukni, a biżuteria gniotła jej skórę całą noc, przez co dziewczyna miała siniaki na karku, dekolcie oraz szyi. Zresztą te małe fioletowe kropki, bardzo ją bolały, kogo jak kogo, ale reakcje ciała dziewczyny na bodźce były dużo mocniejsze niż u większości dam. W sumie jedno uderzenie ją w plecy powodowało długie omdlenie, niewielkie rozcięcie, znacznie się pogłębiało mimo kuracji, lekkie guzy, najczęściej stawały się obszernymi obrzękami, łatwo było jej zrobić krzywdę, dodajmy że nawet lekki podmuch wiatru przy wystawionej głowie przez okno, przyprawiał ją o chorobę.
    Podreptała do lustra i szybko dokonała obdukcji. Nie mogła uwierzyć że była aż tak głupia aby zasnąć w tych perłach, a jednak to zrobiła. Miała odchodzić jak dama, a nie obdartus.
    Nie pozostało nic, jak pokonać te niedogodność. Ze kufra wyciągnęła szkarłatne zawiniątko. Rozprostowała. Szczerze mówiąc, nie była jej to ulubiona sukienka, przez wysoki dekolt zmniejszała biust, co wyglądało jakby dziewczyna nic tam nie miała, tym bardziej że jej piersi do największych nie należały, do tego miała długie rękawy które skracały jej optycznie ręce, a talia była tak ścięta, iż wydawało się że dziewczyna ma nienaturalne szerokie biodra. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
    Kiedy stała ubrana w czerwoną suknię, figura dziewczyny wydawała się być niekształtna. Sprawę pogorszył jeszcze fakt, iż Lady była niska, a stała się optycznie jeszcze niższa. Idąc w kierunku łoża, wyciągnęła z wazonu czerwone róże.
    Usiadła na swoim kocu i rozpięła włosy. Znów kolejna kwestia której nie przemyślała, od snu w warkoczu jej włosy nabrały małych loków. Nie mogła tego rozczesać. Szybkim ruchem zwinęła je w kulkę i przypięła do głowy złotą klamrą. Kiedy skończyła z kokiem, zaczęła pleść wianek z czerwonych róży.
    - Słodycz udręki, walczą we mnie wszystkie lęki. Mój byt stał się maleńki. Bez niego tracę sens mych snów. Ostatni taniec żeby zapomnieć o przeszłości. Uciec stąd i gdzieś zagościć. Z bólem do palonej wyspy miłości.- nuciła pod nosem, po czym wstała i nadal plotąc wywijała piruety- Mieszam noce z blaskiem dnia. I tańczę z wiatrem, deszcz nam gra. Trochę miłości moich snów. I tańczę, tańczę, tańczę znów. Wokoło zgiełk ze strachem skrzy. Czy cały świat swój ból przeznaczył mi? W komnacie tracę całą mnie. I lecę, lecę, lecę znów.
    avatar
    Nellya Mormont

    Liczba postów : 6
    Join date : 02/04/2015
    Age : 18
    Skąd : Niedźwiedzia Wyspa

    Re: Komnata Nellyii

    Pisanie by Nellya Mormont on Nie Kwi 12, 2015 3:22 pm

    Jesień, 23 luty, 282 roku.

    Słodka? Możliwe...
    Gorzka? Nie, chyba nie...
    Dobra? Z charakteru...
    Zła? Tylko w zagrożeniu...
    Spokojna? Damy powinny spokój zachowywać...
    Wesoła? Zawsze taka byłam...
    Nerwowa? Kiedy znajdywałam się pod murem...
    Smutna? Kiedy ktoś zrani...
    Szczera? Taka postawa zachowana być powinna...
    Kłamliwa? To nie pasuje, ale jednak czasem nie chce ranić...
    Uśmiechnięta? Chciałabym aby ta cecha, była moją rozpoznawczą...
    Zapłakana? Kiedy dusza boli, oczy robią się mokre, gardło zasycha, a serce ściska za mocno...
    Otwarta? Czasem boje się świata...
    Zamknięta w sobie? To nie jest zamknięcie, to strach.
    Pewna siebie? Gdybym taka była, za pewne nie milczałabym tak często...
    Miła? Dama ma przykład miłosierdzia dawać...
    Wredna? Tak nie przystoi...
    Rozważna? Są zasady których trzymać się trzeba...
    Romantyczna? Przez te wadę, często cierpię...
    Pyskata? Kiedy to robię, czuje się winna...
    Ufna? Tutaj nie ufasz nawet sobie, a co dopiero komuś...
    Dumna? Mam powody...
    Uczuciowa? To boli...
    Kochliwa? Do serca moja droga jest łatwa, lecz do zaufania bardzo długa...
    Buntowniczka? Co?! Damy tak nie mogą...
    Cyniczna? Nauczona doświadczeniem...
    Denerwująca? Nie wszyscy muszą mnie kochać...
    Atrakcyjna? Rzecz gustu...
    Gadatliwa? Jeśli znajdę odwagę...
    Humorzasta? Zdarza się...
    Inteligentna? Nie dorównuje wielu.
    Jedyna w swoim rodzaju? Płaczliwa, chorowita. Tak jedyna...
    Lojalna? Od początku do końca.
    Niezależna? Chyba raczej marionetka w innych rękach...
    Odpowiedzialna? Muszę być...
    Radosna? Dzięki innym...
    Tajemnicza? Niekiedy...
    Wrażliwa? Jedna ze zbioru cech która rani, a za razem chcę aby częścią mnie.
    Rozmyślała nad swoim życiem kiedy zakładała białą suknie. Szybko zawiązała włosy, zaplotła warkocz dobierany z prawej i lewej, resztę włosów pozostawiła luźno. Na głowę założyła wianek, który plotła niedawno.
    Otworzyła drzwi komnaty, po raz pierwszy od inwazji admirała Rolanda. Wstrzymała oddech po czym wychyliła głowę i rozejrzała się na prawo i na lewo. Droga wolna. Jej prawa noga wyszła za drzwi, policzyła w duchu do 10, a jej lewa noga posunęła się po za próg. Bezszelestnie poszła w lewo. Tamta droga prowadziła do wyjścia z pałacu, co chciała zrobić? Prawdopodobnie uda mi się uciec z tego pałacu, o ile nie ma Żelaznych, a jeśli są, to jakoś ich zmylę... Chyba... Poszła nie pewnym krokiem przed siebie. Weszła na schody, zawsze schodziła po nich jak duch, bezszelestnie. Dziś jej obcasy w lekkim truchcie obijały się o posadzkę dając znak że idzie.
    avatar
    Nellya Mormont

    Liczba postów : 6
    Join date : 02/04/2015
    Age : 18
    Skąd : Niedźwiedzia Wyspa

    Re: Komnata Nellyii

    Pisanie by Nellya Mormont on Czw Kwi 16, 2015 6:15 pm

    Jesień, 27 luty, 282 roku

    Uciekła, uciekła do komnaty. Była tchórzem, zagubioną dziewką pośród inwazji. Prawdopodobnie by już nic nie zrobiła. Dobrze... Mogła by zdradzić ojca, lecz nie zdążyła.
    Jej but zahaczył o suknie.
    Poczuła przerażający ból w piersi. Już po chwili leżała rozluźniona a z boku tryskała krew. Jeszcze chwilę oddychała...
    Padła nie żywa, tak tym co chcą zdradzić bywa.

    Sponsored content

    Re: Komnata Nellyii

    Pisanie by Sponsored content


      Obecny czas to Sro Wrz 26, 2018 5:10 pm