Forum aktualnie zamknięte.


    Nabrzeże (Lordsport)

    Share
    avatar
    Eryk Greyjoy

    Liczba postów : 257
    Join date : 29/05/2014
    Skąd : Pyke

    Nabrzeże (Lordsport)

    Pisanie by Eryk Greyjoy on Wto Lip 07, 2015 2:58 pm

    Nabrzeże miasta Lordsport, od zawsze obfitowało w okręty. W miejscu tym zamieszkuje kupa rybaków, a nawet najbardziej znani korsarze zatrzymują się właśnie tu, aby wymienić łupy z innymi. Aktualnie spora część nabrzeża została zagospodarowana przez czarno żółte namioty należące do ludzi Greyjoy'ów, którzy pilnują przepływu ludzi między portami (ze względu na zarazę). Podobno w największych portach pozostałych wysp także panuje taka "kwarantanna", a przynajmniej tak zarzekają się Goodbrother'owie i Harlaw'owie.
    avatar
    Eryk Greyjoy

    Liczba postów : 257
    Join date : 29/05/2014
    Skąd : Pyke

    Re: Nabrzeże (Lordsport)

    Pisanie by Eryk Greyjoy on Wto Lip 07, 2015 4:38 pm

    Lato, 7 Lipca, 362 AL


    Żołnierze Greyjoy'ów, jako cała formacja złożona z setek niezależnych załóg, byli bardzo trudni do utrzymania w porządku. Zwyczajny szeregowiec, przez wiele lat musztry uczony był wierności tylko swojemu kapitanowi i nikomu więcej, i ciężko było wmówić mu, że teraz jego kapitan podlega komuś innemu. Jednakże jako formację, wzywani byli tylko w wyjątkowych sytuacjach, a do sytuacji takich jak ta wyznaczano konkretnych kapitanów. Pilnowanie Nabrzeża Lordsportu powierzono dwóm drużynom, stanowiącym w sumie 60 ludzi. Spali sobie spokojnie w namiotach ustawionych wzdłuż nabrzeża, pobierali haracze w imieniu Greyjoy'ów i powstrzymywali ludzi przed wypływaniem. Stary Greyjoy, tłumacząc swoje działania synom, i radzie kapitanów, stwierdził że "Nie chce na siebie ściągać gniewu innych królestw, który równie dobrze może być zaogniskowany w stronę Północy". Większość z nich stwierdziła, że jest to całkiem logiczny sposób na naplucie w twarz sąsiadom, zupełnie ignorując ten negatywny aspekt. Bowiem zamknięcie szlaków wypływających z Wysp sprawia, że szansa zarażenia staje się coraz większa. Eryk, młodszy syn Lorda, zwrócił na to uwagę już podczas obrad... ale nikt się nie przejmował jego zdaniem. Bowiem po co słuchać gołowąsa, paranoika i do tego zeloty? Teraz sterczący w pełnych zbrojach lamelkowych, pod nie najlepszą osłoną czarnych namiotów żołnierze jednogłośnie zgadzali się że nie był to najlepszy pomysł...
    Statek wracający z Lannisportu, dostarczający tam pierwotnie focze skóry, właśnie dobił do nabrzeża. Czterech odzianych w nosalowe hełmy strażników podeszło, i pomagając w wyładowaniu i odliczeniu Haraczu od "łupów", pouczyli kupca na temat obecnej sytuacji. Blondwłosy kmiotek niemal popłakał się, gdy obwieścili mu iż nie może opuścić już portu ponieważ tak mówią rozkazy lorda. -Panie drogi, ja jestem z Dziesięciu Wież, do Lordsportu tylko na handel przyjechałem, dajcie chociaż do domu wrócić...- powiedział zrozpaczony, i usłyszał w odpowiedzi tylko przeczący pomruk od dowódcy żołdaków. -Przejścia nima! Rozkaz to rozkaz...- wypowiedział gardłowym, szorskim głosem jeden z żołnierzy. Stojący tuż obok niego, skrywający się pod czarną peleryną, odkaszlnął głośno. Towarzysze i "ofiara" spojrzeli się na niego jakoś dziwnie, po czym od strony namiotów dało się usłyszeć nawoływanie. -Młody Lorda idzie od nas! Chłopaki, złazić z Drakkara i ładnie w szereg...- wykrzyczał jeden z wojowników oczekujących na brzegu, zaganiając pozostałych w tym rejonie nabrzeża 30 ludzi. Blondyn posmutniały wywlekł swój dobytek z okrętu i odszedł w stronę miasta.
    Eryk niemalże truchtem dotarł do nabrzeża, ciągnąc za sobą smugę czarnej peleryny. Spodziewał się ujrzeć żołnierzy grających w kościanego pokera, albo w cyvasse... spotkało go jednak zaskoczenie, gdyż byli oni ustawieni pięknie w szeregu. Prawdopodobnie ktoś ich ostrzegł, że się zbliżam... - pomyślał, i zaraz do nich podszedł. -Witajcie chłopcy, wiecie co się dzieje w mieście?- zadał sprawdzające pytanie, wymierzając palcem w pierwszego z brzegu żołnierza. -Blokadę morską żeście założyli, panie!- powiedział bezczelnie ów żołnierz. Eryk zaśmiał się, a ręką wskazał stojącego obok, okrytego potężną peleryną i kapturem, żołnierza. -Khe.. no, zaraza panuje.. KHE! Groźna...- powiedział żołnierz, jąkając się. Przy okazji kaszlał tak, jakby miał wypluć sobie płuca. -A tak z dzisiejszych wydarzeń? Pewnie nie wiecie, ale gdzieś na tyłach miasta wybuchł spory pożar, i ktoś musi pomóc ludziom sobie z nim poradzić. Tutaj właśnie pojawiacie się wy... na pewno macie dosyć stania tutaj, do roboty!- końcówkę wykrzyknął, i mieczem wskazał miasto. Pytające spojrzenia ludzi skłoniły go do rozwinięcia. -Lasek Botleyów, ten niedaleko Karczmy Starego Artema. Tak, zapalił się. I tak, wiem że lubicie pić w tej karczmie. Ruszać się!- Wszyscy żołnierze z szeregu pobiegli, w ruchu chwytając potężne topory które mogły się przydać i wiadra, służące im na co dzień do przechowywania ryb. Na końcu korowodu wlekli się dwaj żołnierze - jeden był ewidentnie ranny w nogę, i kulał. Drugi zaś owinięty był w płaszcz, i zanosił się paranoicznym kaszlem ilekroć stawiał krok. Eryk podbił do nich. Był czerwony na policzkach, zaś z oczu aż wypływał gniew. -Hej, ty! Tia, Kuternoga. Nie męcz się, idź na drugą połowę nabrzeża i zakomenderuj żeby tu kogoś przysłali, bo im jaja z dupy powyrywam. Idź!- nakierował go w odpowiednią stronę, zaś potem powolnym kroczkiem podszedł do kaszlącego. -Przyjacielu... przecież oboje wiemy co ukrywasz...- zdarł mu z głowy kaptur szybkim ruchem odsłaniając twarz pokrytą odrażającymi guzami. Jeden z trzech objawów... - pomyślał Eryk, i z obrzydzeniem złapał żołdaka za ramię. -Oszustwo nie popłaca, ale spokojnie. Utopiony wybacza każdemu, kto umiera w chwale...- powiedział spokojnym głosem kaznodziei. Po rozdygotanym chorym spłynęła strużka krwi. Wprost z ust. -Krwotok, objaw drugi- dopowiedział, i podprowadził słabego żołnierza, zbyt przerażonego by się odezwać, na brzeg. -Odejdź wiec w chwale człowieka, który umiera w trosce o zdrowie Wysp!- wyszeptał mu do ucha i wykopał do wody. Szmaty które miał na sobie pozwoliły utrzymać się na wodzie przez moment, jednak zaraz potem drgawki wykręciły jego ciało i pociągnęły na dno. Objaw trzeci. Eryk jak gdyby nigdy nic odszedł w kierunku lasku, z wyrazem obrzydzenia na twarzy. Będę musiał wyrzucić ten płaszcz...
    avatar
    Eryk Greyjoy

    Liczba postów : 257
    Join date : 29/05/2014
    Skąd : Pyke

    (Strefa dla Chorych)

    Pisanie by Eryk Greyjoy on Sro Lip 08, 2015 7:20 pm

    Lato, 7 Lipca, 362 AL


    W wydzielonej strefie nabrzeża, gdzie wyspiarze zaganiali zarażonych, nie zostało dużo żołnierzy którzy mogliby ich pilnować. 3/4 z nich, ci mniej odważni, poszli za rozkazem Eryka na ten cywilizowany kawałek plaży. Ci którzy zostali, i tak już spali. Ich chrapanie, dobiegające z czarno żółtego namiotu, wybijało się spomiędzy jęków bólu i ostatnich tchnień zarażonych. Gdy Utopieni Kapłani zobaczyli, że ich metody nie radzą sobie z zarazą, dystrykt z prowizorycznego szpitala zamienił się w umieralnię. Od jednej strony zagradzały go namioty straży, a od drugiej klif - posyłający odważniejszych chorych na drugą stronę totalnie bezboleśnie. Ci, którzy nie decydowali się na taki krok, leżeli właśnie zwinięci w kłębki na zimnych kamieniach uliczki. Chorzy formowali swoiste kupki, złożone ze śpiących, martwych i ich dobytków...
    Między stosy martwych/niemal martwych ludzi wszedł, a raczej wtoczył się człowiek. Ubrany był w białą koszulę, a u pasa wisiał mu miecz. Potknął się, i wpadł w jedną z kup. Zasnął.

    Lato, 8 Lipca, 362 AL


    -Hej, zbudź się, khe, śpiąca królewno!-
    szorstki głos zbudził Eryka na spółkę z odorem który go otaczał. Moi żołnierze powinni się częściej myć... - stwierdził w myślach. Otworzył oczy, i podniósł się z pozycji leżącej. Tuż nad nim, trącając butem strój Greyjoy'a, stał jakiś żebrak. Ubrany w szmaty, jak trędowaty, bełkotał coś do Eryka. -Hmm?- mruknął, przecierając oczy. -Widzę, że pan możny... może podzielisz się pan z, khe, khe Biednym!- zakaszlał obrzydliwie, szmatami zasłaniając sczerniałe usta. Półświadomy Eryk sięgnął do sakiewki i rzucił monetę biedakowi. Wstał, i spojrzał żebrakowi w twarz. Ujrzał delikatny, posiniały zaczątek guza na boku głowy. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, "obdarowany" spojrzał się na niego z pogardą. -Sprawca dający jałmużnę ofierze, khe khe, co za akt dobroci... wspaniała moneta, wręcz przednia!- na samym końcu krzyknął, machając ręką. Dookoła zaczął budować się spory gwar. Coś, na czym stał dotychczas Eryk nie okazało się kłębkiem szmat, lecz starcem. -Spojrzyj na mnie dobry panie! Khm, sam ledwo widzę!- Brodaty mężczyzna, gdy już Greyjoy z niego zszedł, okazał się mieć na głowie guzy niemalże przysłaniające mu oczy. Chwycił Eryka za nogę, i puścił dopiero gdy otrzymał monetę. Pierwszy żebrak zdążył się odsunąć, jednak kolejni chorzy wysuwali się ze stosów zagradzając lordowskiemu synowi wszelkie drogi ucieczki. Przestał oddychać nosem. -Ulecz mnie panie, choćby monetą! Ledwo stoję!- zakrzyknął jeden z chorych, obdarzony zdrową skórą, jednak spływający krwią z nosa i ust. Runął na Eryka i trzymał go tak długo, aż kolejna moneta nie wylądowała w jego ręce. Spanikowany Greyjoy uniósł ręce i zaczął "płynąć" wśród tłumu. Usłyszał zgrzyt noża wyjmowanego z pochwy. -Chaaaarch! Wierzę, że znów uczynisz mnie bogatym!- z tłumu wyłonił się nożownik, gruby człowiek którego blade płaty skóry wydawały się trzymać tylko dzięki i zakrzepłej krwi. Gdy wycelował w Eryka, monety uderzyły go w twarz i zniechęciły do ataku. Dając pieniądze kolejnym potrzebującym, Eryk błądził po norze, w której zamieszkiwali.
    -Patrz na mój język, ledwo mówię!-
    -Patrz na mą skórę, jest cała we krwi! Ulecz mnie panie!-
    -Patrz na tą sakwę, jestem biednym, chorym khe, człowiekiem!-
    -Grosik jeden miedziany, wyleczyć mnie zdoła, panie!-
    -Wierzę że uczynisz mnie zdrowym!-

    W końcu było ich za dużo. Napierali na Eryka ze wszystkich stron, pod koniec niemal go niosąc. Zabrali nie tylko sakwę, ale także miecz. Gdy w tłumie pojawiły się kolejne noże, ostre kije i tasaki, Greyjoy zaczął panicznie krzyczeć w nadziei na przemówienie do tłumu. -Za dużo was! Nie pchajcie mnie...- tłum zaczął przeć w stronę klifu, a "śpiewy" chorych stawały się coraz bardziej błagalne i rozpaczliwe. -Nie otaczajcie mnie!!!- wykrzyczał, zanim w tłumie zaczęło panować zamieszanie. Ktoś wyszedł zza namiotów pilnujących dystryktu. -SAMI SIĘ KURWA ULECZCIE!- wykrzyczał gardłowym tonem głos, i dobył miecza. Tuż za nim wmaszerowało dwóch, lekko skołowanych żołnierzy Greyjoy'ów. W trójkę dobili do bełkoczącego tłumu, i silnymi uderzeniami rękojeści, trzonków i tarcz rozganiali go. Miecznik, ubrany w skórzany kaftan z wyszytym psem, wywijał mieczem jak szalony. Sam efekt psychologiczny i perspektywa starcia z takim wojownikiem sprawiała, że napastliwi chorzy odpuszczali. Jęczący do dodatkowego bólu żebracy zostawili Eryka, który półświadomy leżał na skraju klifu. Cedric dobiegł do niego, a żołnierze dotrzymywali mu kroku ubezpieczając tyły. Obserwowali chowających się jak szczury po kątach biedaków, i osłaniali parkę tarczami. Szarowłosy uderzył Eryka kilkukrotnie po policzku. Potem pomógł mu się podnieść. -Wracasz do domu, kac to nie przelewki panie...- powiedział do podpieranego, prowadząc go do wyjścia z getta. -Skąd ty.. ty wiesz...- wybełkotał wciąż zemdlony Eryk. -Doczołgałem się za tobą do tego miejsca, a po drodze zgubiłeś płaszcz z Krakenem. Dopiero wtedy cię skojarzyłem. - odpowiedział zwięźle Skalny Pies, w odpowiedzi słysząc pokraczne "yhm" od lordziątka. Kierowali się do jakiejś stajni, a potem do Pyke. Przynajmniej tak polecili żołdacy.
    avatar
    Eryk Greyjoy

    Liczba postów : 257
    Join date : 29/05/2014
    Skąd : Pyke

    Plaża

    Pisanie by Eryk Greyjoy on Sro Lip 08, 2015 11:45 pm

    Lato, 8 Lipca, 362 AL


    Za Erykiem non stop chodził jakiś dziwny lęk. Każde odkaszlnięcie w tłumie, każde kichnięcie napawało go odrazą i momentalnie uginało nogi pod biednym Greyjoy'em. Od zawsze nieco bał się chorych, nasiliło się to po wybuchu Zarazy, ale to co się wyrabia od rana zaczynało już samego Eryka wkurzać. Nie miał do siebie żalu, że dał się pociągnąć w tłumie żebraków... Co jak co, byłem na kacu. Każdemu się zdarza, nie? - pomyślał w głębi duszy, brnąc po nabrzeżu Lordsportu. Żołnierze, wciąż zadowoleni z siebie po wczorajszej pijatyce salutowali uśmiechnięci. Czerń kolejnego namiotu w popołudniowym słońcu zlała się z peleryną Eryka - już nową. Brzęk monet w opasłej sakwie sprawił, że jeden z leżących na nabrzeżu żebraków aż zastrzygł uszami. Ostatni zdrowy żebrak? - zdążył pomyśleć Eryk, zanim żebrak odchrząknął. Spłoszony wyspiarz szybko dobił do schodów, prowadzących na plażę i po nich zbiegł. W pewnym momencie peleryna zawinęła mu się pod butem, a niezorientowany z terenie dookoła siebie Eryk poleciał jak długi w morski piach.
    Gdy powstał, i już się otrzepał, zobaczył że na plaży już ktoś na niego czeka. Kilka metrów dalej, wpatrzony w wodę stał Kajafasz.
    Całkowicie łysy, postawny kapłan Utopionego często spędzał tak czas. Odziany w totalnie niegustowne, lecz nadające respektu szaty, dobrze wypoczywał układając się na piasku i wpatrując w uroczo szafirową wodę, za którą znajduje się, rzecz jasna, królestwo Utopionego. Potrafił tak spędzać całe dnie, przerywając tylko kiedy musiał kogoś "chrzcić" przed wypłynięciem w rejs. Po nałożeniu blokady miał dużo czasu, i pewne obawy - regularnie odwiedzał go bowiem tylko Eryk, młodszy syn lorda Greyjoy'a. Właśnie sunął w stronę kapłana, w jednej z rak trzymając sakiewkę.
    -Witam, witam... wczoraj nie przybyłem na topienie, chciałem okazać skruchę...- powiedział Eryk, lekko pochylając głowę przed kapłanem. Ten nie odpowiedział nic, także lekko pochylając głowę. Eryk wepchnął mu mieszek do rąk, nie szczędząc przeprosin. Kajafasz był bardzo małomównym człowiekiem, a przynajmniej taki się stał od momentu pierwszego spotkania z Utopionym w jego komnatach.
    -Ja, chciałem dzisiaj dopełnić obrzędu dwukrotnie... tak na zapas!- wytłumaczył bardzo ufnym głosem Eryk, i ruchem głowy wskazał na morze. Kapłan spojrzał się na niego przenikliwie. Eryk znał zasady wiary nie gorzej niż sami kapłani, i doskonale wiedział dwie rzeczy: Kapłan nie ma prawa odmówić topienia osobie która o to prosi, a sam rytuał przeprowadzany jest po to, aby nadać wyspiarzowi siłę do pokonania problemów z którymi się zmaga. Kajafasz nie mógł tego nie wykorzystać. -Oczywiście, ale najpierw powiedz co wymaga tak wielkiej siły, bym topił cię dwukrotnie?- zadał pytanie niskim, basowym głosem, który był w stanie obudzić zelotę nawet w najbardziej skamieniałym sercu. Charyzma aż wylewała się z jego ust, razem z... pewnym rodzajem eterycznego niepokoju, od zawsze towarzyszącego kapłanom.
    -Wy..wybieram się w podróż. Daleką, i nie wiem kiedy wrócę...- Eryk, lekko zaniepokojony pytaniem odpowiedział stosunkowo szczerze. Kapłan przybliżył się do niego, uważnie stawiając kroki na piasku. -Czy powoduje tobą strach?- Kajafasz wypowiedział zwięzłe pytanie, a jego blada twarz nie wyrażała żadnych emocji. Oczy Kapłana zdawały się niemal czarne, ale jednocześnie pełne przejęcia losami rozmówcy. Eryk przełknął ślinę. Bał się tego pytania, ale na szczęście potrafił kłamać. Znaczy się, głęboka wiara powstrzymywała go od okłamywania duchowych przewodników, ale był w stanie powiedzieć półprawdę. -Nie. Duma, ona mnie prowadzi...- zdążył wypowiedzieć Eryk, zanim koścista ręka kapłana spoczęła na jego ramieniu. -Czy uciekasz przed Zarazą?- Kajafasz był tak pewny siebie, że nawet zaprawiony kłamca taki jak Eryk, wymiękł. Być może zadziałał autorytet duchowego pasterza. -Tak- odpowiedział przez zęby. Nastała cisza. Ponad minuta przenikliwej ciszy. Kapłan i lordowski syn wpatrywali się w siebie nawzajem, czekając na ruch tego drugiego. Kajafasz bez słowa podszedł do wody, i zawołał Eryka. -Kim jestem, aby czegokolwiek ci zabraniać, dziecko! Podejdź tu, zaczynajmy...- powiedział ponuro, przywołując wiernego gestem dłoni. Zaczęli spektakl.

    -Co jest martwe, nie może umrzeć, lecz odradza się, twardsze i silniejsze. Powstań, Eryku Greyjoy- kapłan wypowiedział końcową formułkę po raz drugi. Eryk powstał, z włosami przemoczonymi od wody. Był jednak szczęśliwy, czego nie można było powiedzieć o nim, gdy przychodził na plażę. Wyglądał jak siedem nieszczęść, a teraz aż błyszczał z zadowolenia. Nawet zimny Kajafasz uśmiechnął się, widząc tak odrodzonego podopiecznego. Ów podopieczny podszedł do niego. -Dziękuję, i jeszcze raz przepraszam za moja wczorajszą nieobecność...- wrócił do tematu Eryk. -Wiem co się działo. Wczoraj i dzisiaj rano. Doceniam- lakonicznie wypowiedział się na ten temat utopiony. -Teraz idź, wiem także że masz dużo roboty. Podobnie, jak i ja.- dodał, i gestem odprawił wiernego. Ten odszedł pokornie, żegnając się z oddali. Wszedł po schodach i skierował swoje kroki w stronę karczmy.
    Kajafasz tymczasem udał się do portu po Snekę, którą miał zamiar do jutra opłynąć plaże każdej wyspy. A potem, już ze znacznie szerszą załoga, udać się na Starą Wyk, do kości Naggi...
    avatar
    Eryk Greyjoy

    Liczba postów : 257
    Join date : 29/05/2014
    Skąd : Pyke

    Re: Nabrzeże (Lordsport)

    Pisanie by Eryk Greyjoy on Czw Lip 09, 2015 7:06 pm

    Lato, 9 Lipca, 362 AL


    Słońce chyliło się już ku zachodowi. Eryk pożegnał się już ze wszystkimi, którzy zostawali na wyspach. Sunął teraz, ubrany w to co zwykle, wzdłuż nabrzeża. Namioty ludzi Greyjoy'ów wydawały się nadzwyczajnie puste... może o tym mówił Skalny Pies określając wypłynięcie Gołębicy jako "kameralne". Nawet mieszczan było trochę mniej niż zwykle... na pewno przez tę cholerną zarazę. Ale się suka zdziwi jak zobaczy, że wypłynąłem. Będę grzał tyłek w Dorne, albo Czerwonej Twierdzy, kiedy zarażeni będą sobie tutaj gnić - myślał zadowolony z siebie Greyjoy. Żołnierze, prowadzeni przez Cedric'a, stali ustawieni w ładny szereg tuż przy zacumowanym Drakkarze. Potężna łódź miała banderę z herbem Greyjoy'ów i dziób w kształcie Gryfiego dzioba. -Czołem, towarzysze!- zawołał Eryk, i odpowiedziała mu kupa entuzjastycznych powitań, z których ciężko było którekolwiek zrozumieć. Skalny Pies także się przywitał, ale jego mowa ciała zdradzała, że ma do przekazania jakąś piekielnie ważną wiadomość. Żołnierze wciąż stali w szeregu, a gdy Eryk ich już minął, nowo mianowany pierwszy oficer przysunął się nieznacznie. -Nie mówiłeś, że masz zamiar wziąć na pokład aż dwóch utopionych...- z wyrzutem zaczął. Eryk zadziwiony nie wiedział co powiedzieć. -Nie miałem zamiaru brać żadnych...- zdążył powiedzieć tylko, gdy spomiędzy szeregów wyłonił się Kajafasz, i jakiś drobniejszy od niego kapłan niosący na plecach spory tobołek. W niewielkiej odległości od nich, ze splecionymi na plecach palcami, stał Ignatius. Tasak lekko nerwowym wzrokiem śledził każdy ruch kapłanów, i z ulgą spostrzegł obecność Eryka. -A więc zapragnąłeś płynąć z nami, Kajafaszu? Kim jest twój towarzysz?- Eryk śmiało zapytał się o brodatego mężczyznę, taszczącego tobołek. Kajafasz, pomimo że sam został wywołany do odpowiedzi, tylko wskazał na drugiego kapłana kościstym palcem. -Na imię mi Annasz, możny panie. Razem z innymi kapłanami zdecydowaliśmy, że będzie ci potrzebne podczas drogi... wsparcie. Tak, wsparcie duchowe rzecz jasna. Ale nie tylko tym się zajmujemy, potrafimy zapracować na swoje utrzymanie jeśli o tym mowa... Ja na przykład jestem piśmienny, potrafię przystawiać pijawki i tak dalej...- rozgadany, skrzeczący kapłan stanowił interesującą alternatywę dla milczącego towarzysza. Ten jednak postanowił się odezwać, przerywając koledze. -Ja kiedyś byłem nawigatorem na statku, potrafię korzystać z map. Jeśli tylko jakieś wzięliśmy... oczywiście...- pociągnął niskim głosem Kajafasz. Eryk uśmiechnął się. Ktoś kto byłby w stanie odczytywać reszcie załogi wiadomości, a także nawigator, to dwie z trzech potrzebnych nam osób. Teraz został tylko ekonom, ale Eryk miał plan jak go zwerbować... a przynajmniej tak sądził.
    -Witamy w załodze, prowiantu na pewno starczy... prawda, Igi?- zwrócił się do medyka, który stał nieco speszony z boku. Ten, lekko ośmielony, zapewnił że musi starczyć.
    -Chłopaki, zaraz ruszamy. Pochwalcie się lordowi Erykowi, jakie uzbrojenie wzięliście na bój!- Cedric, wyraźnie dumny ze swojej nowej funkcji, wydawał rozkazy kiedy tylko miał do tego sposobność. Żołnierze wyglądali na dość zdyscyplinowanych i karnych, więc zaczęli prezentować swoje tarcze, miecze i zbroje. Zgodnie z mądrością którą przy każdej okazji powtarzał Eryk, żaden z nich nie miał na sobie zbroi płytowej. Najcięższym pancerzem okazała się skórzana lamelka z nawleczonym tabardem rodu. Kolczugi, także z nawleczonymi tabardami, nie stanowiły problemu. Ludzie Eryka preferowali komplet broni miecz+okrągła, drewniana tarcza, okazjonalnie dodając do tego jakąś broń strzelecką. Łuki, oszczepy - amunicja, i same harpuny były umieszczone w skrzyniach na pokładzie, więc ambitniejsi wojacy mogli liczyć na zapewnienie potrzeb.
    -Naprawdę się postarali, doceniam- powiedział Eryk, odbierając od Cedrica klucze do zbrojowni. Ignatius moment wcześniej, podczas prezentacji wręczył mu klucze do skarbca i spiżarni. -Dzięki panie. Przez tą jebaną blokadę wszyscy są, jak i ja, coś ci dłużni. Już od naprawdę długiego czasu nie byli na morzu, i tylko czekają żeby się wykazać...- wyjaśnił oficer, wzrokiem śledząc swoich ludzi ponownie ustawiających się w szeregu. -Nie będę was dłużej trzymał, płyńmy!- zakrzyknął Eryk, a zawtórowali mu ucieszenie żołnierze zajmujący swoje miejsca przy wiosłach. Na pokładzie Gołebicy, znowu poczuli ze żyją.
    -Jeśli mogę zapytać, gdzie mam kierować statek, panie?- zapytał Kajafasz, gdy już wraz z Annaszem rzucili swoje dobytki na wspólny stos - wraz z przedmiotami należącymi do żołnierzy, Eryka i reszty załogi. Starym zwyczajem, Drakkary Żelaznej floty miały obszerne schowki pod pokładem, ale tam pochowano już ważniejsze rzeczy: Jedzenie, Piwo, Medykamenty i Złoto. Z kufra, w którym Eryk przechowywał swoje rzeczy prywatne, wygrzebał żeglarską mapę Westeros. Oddał ją Kajafaszowi. -Kierujemy się do Lannisportu, przyjacielu!- powiedział zadowolony, gdy statek odbijał od brzegu. Żołnierze zanucili jakiś rytm, Cedric pilnował czy wiosłują równo, zaś reszta załogi miała czas niemal do jutra na to, by się opierniczać. Wedle słów łysego kapłana, w półtorej dnia powinni być w Lannisporcie. Szykowała się długa noc...

    Sponsored content

    Re: Nabrzeże (Lordsport)

    Pisanie by Sponsored content


      Obecny czas to Pią Gru 15, 2017 3:07 pm